Święty Arcybiskup Łukasz (Wojno-Jasieniecki)

Święty Arcybiskup Łukasz (Wojno-Jasieniecki)

 „Doktorze, powinien Pan zostać kapłanem”

Wydaje się, że jedną z cech właściwych człowiekowi – istocie społecznej – jest potrzeba posiadania pewnych wzorców, autorytetów. Dobrze, gdy ktoś rzeczywiście w zasłużony sposób, niejako zupełnie naturalnie staje się wzorem, gorzej, gdy wynosi się na piedestał kogoś, kto się niczym dobrym nie wyróżnia, ale za to wielu, czyniąc z niego wzór, widząc w nim odbicie własnych wad i słabości, w ten sposób niejako usprawiedliwia samych siebie. Inaczej mówiąc – są wartości, dla których nie szkoda nawet życia, ale są również – tu niech mocno zabrzmi cudzysłów – „wartości”, które bez mrugnięcia okiem i najmniejszej czkawki sumienia można zmieniać wraz z kartką w kalendarzu. I nawet się przy tym nie zaczerwienić. Cóż, praktyka czyni mistrza. Ale do rzeczy…
Jak mawiają – podróże kształcą. Podróżując po Krymie udało nam się bliżej zapoznać z sylwetką jednego z hierarchów prawosławnego Kościoła rosyjskiego, człowieka prawie nam współczesnego (zmarł w roku 1961), który jako jeden z wielu wypełnił proroctwo świętego Nifonta, XV – wiecznego patriarchy Konstantynopola, głoszące: „Nadejdzie czas, że ci, którzy prawdziwie poświęcą się Bogu, skryją to przed ludźmi i nie będą czynić wśród nich znaków i cudów, lecz podążą drogą wysiłku, ukrytego w pokorze, i w Królestwie Niebieskim okażą się większymi niż Ojcowie, którzy zasłynęli cudami”.

Pozwólcie mi przybliżyć sylwetkę Walentego Wojno-Jasienieckiego, czyli świętego Łukasza, arcybiskupa Krymu.
Urodził się w 1877 roku jako potomek starego, o silnych polskich korzeniach, szlacheckiego rodu Wojno–Jasienieckich. Niestety dawna, XVI – wieczna sławna przeszłość rodu, kiedy to jego członkowie służyli przy dworach polskich i litewskich, odeszła do historii. Dziadek Walentego, późniejszego arcybiskupa Łukasza, Stanisław Wojno – Jasieniecki, mieszkał w biednej chacie na Białorusi, choć był właścicielem młyna. Jego syn, Feliks, otrzymawszy wykształcenie farmaceutyczne i tytuł prowizora (odpowiadający naszemu magistrowi farmacji), próbował utrzymać żonę i pięcioro dzieci (między innymi Walentego) z dochodów, które przynosiła jego apteka, ale niestety, słaba koniunktura wymusiła na nim przejście do służby państwowej.
Posłuchajmy wspomnień hierarchy: „Mój ojciec był katolikiem, człowiekiem bardzo pobożnym, zawsze chodził do kościoła, długo modlił się też w domu. Był człowiekiem o zadziwiająco czystej duszy, nigdy w nikim nie dostrzegał niczego złego, wszystkim dowierzał, choć z powodu swego stanowiska był otoczony nieuczciwymi ludźmi. Mama gorliwie modliła się w domu, ale do cerkwi chyba nigdy nie chodziła. Powodem ku temu było jej oburzenie związane z chciwością i kłótliwością duchownych, czego świadkiem niegdyś się stała. (…) Wychowania religijnego w rodzinie nie otrzymałem i jeśli można mówić o dziedzicznej religijności, to prawdopodobnie odziedziczyłem ją po bardzo pobożnym ojcu.”
W końcu lat 80 – tych XIX wieku rodzina Wojno–Jasienieckich przenosi się do Kijowa, zamieszkuje w samym centrum, na Kreszczatiku. Tu młody Walenty kończy gimnazjum i jednocześnie Kijowska Szkołę Plastyczną. Talenty plastyczne, zwłaszcza malarskie, potwierdzone już osiągnięciami na wystawach, wiodą go do Petersburga, gdzie zdaje egzaminy do Akademii Sztuk. Ale nie dane mu było zostać artystą. Jak sam wspomina: „Podczas egzaminów wstępnych ogarnęły mnie poważne wątpliwości, czy aby na pewno droga, którą wybieram, jest słuszna. Niedługie wahania zakończyły się wnioskiem, że nie mam prawa zajmować się tym, co mi sprawia przyjemność, lecz powinienem zająć się tym, co przyniesie pożytek ludziom cierpiącym”. Podczas egzaminów wysyła do matki telegram, zawiadamiając ją o pragnieniu nauki na wydziale medycznym. Niestety, nie było wolnych miejsc. W związku z tym na rok wstępuje na wydział prawa. Po tym na krótko ponownie daje sobie znać fascynacja sztuką – wyjeżdża do Monachium, do prywatnej szkoły plastycznej, ale tęsknota za Kijowem już po trzech tygodniach sprowadza go z powrotem do domu. Tu przez rok zajmuje się rysunkiem i malarstwem, obserwując i szkicując mieszkańców miasta, sprzedawców na bazarze, ludzi w tramwajach, pielgrzymów przebywających niekiedy tysiące kilometrów, by pomodlić się w Ławrze Pieczerskiej. Dla odpoczynku wędruje niekiedy brzegami Dniepru, rozmyślając o trudnych kwestiach filozoficznych i teologicznych, ale, jak sam pisze: „oczywiście, nic z tych rozmyślań nie wychodziło, gdyż nie miałem żadnego naukowego przygotowania ku temu”.
Jesienią 1903 roku kończy z wyróżnieniem wydział medyczny Kijowskiego Uniwersytetu św. Włodzimierza, pochłania go anatomia i chirurgia, a swoje talenty plastyczne wykorzystuje podczas preparacji ciał, rysunków topografii narządów, zmian chorobowych czy też etapów wykonywanych zabiegów. Rozpoczyna karierę chirurga, a podczas wojny rosyjsko – japońskiej i chirurga wojskowego. Zawiera też związek małżeński, z którego rodzi się czworo dzieci. Owocem pracy chirurga staje się rozprawa doktorska „Znieczulenie przewodowe”. Recenzując te pracę jeden z profesorów – oponentów stwierdził: „Gdy czytałem pańską książkę, odniosłem wrażenie, że słyszę śpiew ptaka, który nie może nie śpiewać”. Za tę monografię Walenty Wojno–Jasieniecki otrzymuje od Uniwersytetu Warszawskiego wysoką nagrodę w wysokości 900 rubli w złocie przyznawaną za „najlepsze dzieła, wytyczające nowe szlaki w medycynie”.
Niestety, ponieważ książka z braku środków zostaje wydana w niewielkiej ilości egzemplarzy (wszystkiego 750), a i te szybko zostają sprzedane, autor nie ma możliwości dostarczenia wymaganej ilości książek do Warszawy. Przyznanego mu więc złota nie otrzymuje. Ogromny sukces tej pracy i bogate doświadczenie chirurga zaowocowały postanowieniem napisania kolejnej monografii: „Zarysu chirurgii aseptycznej”. Ta praca zaważyła na jego dalszym życiu. Sięgnijmy do pamiętnika świętego abp Łukasza, wówczas jeszcze dr Walentego: „Sporządziłem plan tej książki, napisałem do niej wstęp. I wtedy, ku mojemu zdziwieniu, przyszła mi do głowy niesłychanie dziwna myśl: Gdy książka będzie już napisana, będzie na niej figurować imię biskupa”.
Rok 1919 przynosi wiele zmian – Walenty obejmuje posadę naczelnego lekarza dużego szpitala w Taszkiencie, ale wkrótce po przyjeździe do Azji umiera żona, Anna, zostawiając go samego z czwórką dzieci. Sam również cudem unika śmierci, o mały włos nie stając się jedną z wielu ofiar krwawej rozprawy garnizonu miejskiej twierdzy i miejscowych aktywistów partyjnych z żołnierzami i sympatykami jednego ze zbuntowanych pułków. Podczas ceremonii pogrzebowych żony, modląc się w nocy nad jej trumną, Walenty czytał Psałterz. Zobaczmy, co pisze w swym dzienniku: „Dwie noce czytałem nad trumną Psałterz, stojąc u nóg zmarłej, w zupełnej samotności. Drugą nocą, około trzeciej nad ranem, czytałem psalm 112, którego początek śpiewany jest podczas przywitania biskupa w świątyni: „Od wschodu słońca aż po zachód jego”, ostatnie słowa psalmu poraziły i wstrząsnęły mną, gdyż z zupełną pewnością przyjąłem je jak słowa Samego Boga, skierowane do mnie: „niepłodnej każe mieszkać w domu jako pełnej radości matce synów”.
Bogu samemu było wiadome, jaka mnie czeka ciężka, ciernista droga, i zaraz po śmierci matki mych dzieci On sam zatroszczył się o nie i ulżył mojej ciężkiej sytuacji. Nie wiem czemu bez cienia wątpliwości przyjąłem słowa psalmu jako wskazanie Boże na moją operacyjną pielęgniarkę, Sofię Siergiejewną, o której wiedziałem tylko tyle, że niedawno pochowała męża, carskiego oficera i była bezdzietna.(…). Z trudem doczekałem do 7 rano, po czym zastukałem do jej drzwi. (…) Z głęboką trwogą wysłuchała tego, co się wydarzyło w nocy nad trumną żony. Z radością się zgodziła. Powiedziała, że z wielkim bólem patrzyła z daleka, jak żona cierpiała, i bardzo chciała nam pomóc, ale sama nie ośmielała się zaproponować swej pomocy (…) Zamieszkała z nami. Otrzymała pokój zupełnie odizolowany od tych, które zajmowałem. Długo żyła w naszej rodzinie, ale była tylko drugą mamą dla dzieci, a Bogu wiadome jest, że moje relacje z nią były zupełnie czyste.”
Jest rok 1919. Wydarzenia nabierają tempa. Po tym, gdy wspomniana pielęgniarka zamieszkała w ich domu i przejęła na siebie obowiązki matki, doktor Walenty bierze aktywny udział w życiu religijnym miasta. Występuje publicznie, prowadząc wykłady poświęcone Pismu Świętemu, zabiera głos w sprawach ważnych dla diecezji, prowadzi publiczne dyskusje z wrogami religii. Po jednym z takich wystąpień biskup odwiódł go na bok i rzekł: „Doktorze, powinien Pan zostać kapłanem”. Choć jak sam wspomina: „nigdy nawet i myśli o kapłaństwie nie miałem, nie zastanawiając się ani minuty odrzekłem – dobrze, ekscelencjo, zostanę kapłanem, jeśli jest na to Boża wola”. Podczas najbliższej niedzielnej liturgii, w pożyczonej sutannie (w tym pośpiechu nie zdążyli mu jej uszyć) zostaje w styczniu 1921 roku wyświęcony na diakona, a tydzień później, w święto Spotkania Pańskiego, przyjmuje święcenia kapłańskie.
Pozostając naczelnym chirurgiem szpitala, wykładowcą na wydziale medycznym uniwersytetu w Taszkiencie, jednocześnie pełni obowiązki kapłańskie, głosząc kazania podczas niedzielnych nabożeństw. Trzeba zaznaczyć, że wykłady prowadził w sutannie, z krzyżem kapłańskim na piersiach. Jak sam wspomina w roku 1958: „w tamtych czasach – w roku 1921 – możliwym było jeszcze to, co dziś jest niemożliwe”. Jego powołanie miejscowy biskup określił słowami świętego apostoła Pawła: „Waszym dziełem nie jest chrzcić, lecz głosić Ewangelię” (I Kor 1,17). I rzeczywiście, jak sam święty Łukasz pisze: „podczas długiego okresu swego kapłaństwa nie sprawiałem prawie żadnych posług, (…) ale po trzydziestu ośmiu latach swego kapłaństwa i trzydziestu sześciu – biskupstwa zupełnie jasno rozumiem, że moim powołaniem od Boga było właśnie głoszenie Ewangelii i świadczenie o Chrystusie”.
Jednocześnie kontynuował pracę naukową, dzięki pozwoleniu Patriarchy Tichona leczył i wspierał potrzebujących, operował, dokonywał sekcji zwłok uciekinierów z głodującego Powołża. Ciała przygotowywane do sekcji musiał w nocy własnoręcznie myć, oczyszczać od wszy i nieczystości. Przypłacił to ciężką formą tyfusu, ale też rezultat tej pracy – klasyczne dzieło „Zarys chirurgii aseptycznej” z lat wojny wydane nakładem 60 000 egzemplarzy uratowało tysiące istnień, a jej autorowi przyniosło wraz z inną jego monografią o chirurgii stawów w roku 1946 państwową Premię Stalinowską pierwszego stopnia, powszechne uznanie i podziw.
Biskupem zostaje 31 maja 1923 roku – w pełnej tajemnicy, po uprzednim wyborze przez wiernych parafii w Taszkiencie, zostaje w Samarkandzie konsekrowany przez przebywających tam wówczas zesłanych hierarchów. Świadomie i dobrowolnie wstępuje na znaną mu już drogę, drogę, którą przeszły setki tysięcy, a może i miliony męczenników – biskupów, kapłanów, diakonów, świeckich. Torturowani, prześladowani, szkalowani, śledzeni, zdradzani, najlepsi synowie swej ziemi okrzykiwani jej zdrajcami i wrogami, wyrzucani poza nawias społeczeństwa, pozbawiani racji żywnościowych – mimo to zwyciężają. Zwyciężają dlatego, że ich świadectwo, ich wybór i wierność temu, co głoszą okupione są najwyższą ceną.
Braknie słów, by opisać lata więzień, zesłania i męczeństwa świętego arcybiskupa Łukasza Wojno–Jasienieckiego. Słowa nie oddadzą tego, co wycierpiał. Jak powiedział Wysocki: „urodził się, żył i mimo to przeżył”. A czasem lepiej pomilczeć, cisza potrafi być bardziej wymowna…
Próbowałem w tych krótkich słowach przybliżyć Wam, moi drodzy, sylwetkę niezwykłego, współczesnego nam człowieka, któremu w żaden sposób nie można zarzucić niedouczenia czy też ciasnoty umysłu. Na zapytania studentów, zafrapowanych jego biskupią posługą, odpowiadał następująco: „W odpowiedzi na wątpliwości studentów należałoby im odpowiedzieć, że bardzo dziwne jest odrzucanie tego, czego nie znają i nie rozumieją, dziwne jest osądzanie religii tylko na podstawie antyreligijnej propagandy. Wielki fizjolog Pawłow, akademik Fiłatow, kanonik Kopernik, Pasteur, potrafili wszakże łączyć działalność naukową z głęboką wiarą w Boga. Moja wiara, w miarę zbliżania się później starości (niedługo skończę 82 lata) coraz bardziej się pogłębia. Swój „Zarys chirurgii aseptycznej” napisałem będąc już biskupem. Jest to bardzo dalekie od prymitywnych (antyreligijnych – przyp. aut.) poglądów (…)”.
Nachylając się nad jego doskonale zachowanym ciałem – relikwiami, wystawionymi w symferopolskiej katedrze, czując bijącą od nich siłę mimowolnie nasunęła mi się refleksja. W głębi duszy ludzie szukają autentyczności, nie sensacji. Ale autentyczność wymaga ofiary. W zamian za nią człowiek często otrzymuje dar budowania, a budowanie to trudna sztuka. Łatwiej burzyć. Ktoś, kto zaczyna od burzenia, niszcząc nieodpowiedzialnie i bezmyślnie w ludziach to, co gdzieś głęboko jeszcze w nich tkwi dobrego – wiarę, zaufanie – siejąc w zamian pełne ignorancji, obce nie tylko historii, ale i zdrowemu rozsądkowi i prawdzie własne „widzimisię” ubrane w sukienkę prawdy godzien jest politowania. Może zarobi na tym jakieś pieniądze, może na parę lat stanie się znany. Tylko kto naprawi w ludziach zniszczenie tego zalążka dobra, tej wiary w autorytety, która topnieje jak lód, a której brak obraca się przeciw nam wszystkim?
Przepraszam za osobisty ton, możecie się z tym nie zgodzić, ale moje sumienie każe mi nie wierzyć sile medialnego marketingu i zabiegów socjotechnicznych – uśmiechnięty od ucha do ucha, odziany w mający wzbudzać zaufanie granatowy garnitur Dan Brown, autor „Kodu Leonarda da Vinci” i wielu jemu podobnych, do mnie nie przemawia.
Posłucham słów schorowanego, bezbronnego, pod koniec życia zupełnie ślepego starca, który wbrew logice świadomie wstąpił na drogę męczeństwa, który nie potrafił milczeć, gdy milczało wielu innych, który oddał obywatelom swego kraju wszystkie swe siły i zdolności, a który to kraj odpłacił mu cierpieniami i prześladowaniem. Który jakże często lubił powtarzać słowa: „Pokochałem cierpienia”. I zgłębiając jego losy, czytając jego listy i kazania jestem przekonany, że pisał prawdę. Z woli Bożej w naszej, słupskiej cerkwi znajduje się cząstka relikwii świętego Łukasza, arcybiskupa Krymu, więc z tym większą radością wchodząc do świątyni prosimy go o wstawiennictwo słowami modlitwy:

„Święty hierarcho, wyznawco i męczenniku Łukaszu, módl się za nas do Boga.”

ks. Mariusz Synak

Artykuł zamieszczony w Biuletynie Informacyjnym Bractwa Cyryla i Metodego nr 4/2006 (34)